Rzucam wszystko i jadę w Bieszczady

Rzucam wszystko i jadę w Bieszczady

Kierowany ostatnimi wydarzeniami ze swojego życia postanawiam wszytko rzucić i wyjechać w Bieszczady – odpocząć, oczyścić umysł i sprawdzić legendarne odludne szlaki. Odpocząłem, jeszcze jak…

Zacznijmy jednak od początku, czyli od wyjazdu z poznańskiego dworca głównego. Podróż zaczyna się od 20-minutowego opóźnienia – czarno widzę swoją przesiadkę w Kutnie, na którą mam 30 minut zapasu. Pociąg jednak w końcu przyjeżdża, czeka kolejne 15 min na peronie, rozłączanie wagonów, przyłączanie innych, przesiadki, zamieszanie, ale w końcu ruszamy.

Wagon jest bezprzedziałowy, gniazdko dla każdego dostępne, więc wpinam radośnie telefon i szukam alternatywnych połączeń. Zmierzam do Zagórza, więc sensownej alternatywy brak. Inni pasażerowie również zaniepokojeni pytają konduktora jak sytuacja, a ten uspokaja, że zaraz będzie dzwonił i załatwi przesiadki. Faktycznie mój pociąg czekał na mnie 5 minut po czasie – szacunek PKP.

Nie zasypiaj w pociągach

Po przesiadce zajmuję miejsce w jednym z przedziałów. Wagon jest niemal pusty, poza mną podróżują może 3-4 inne osoby. Rozkładam się na fotelach i chwytam książkę, Szybko jednak przymykam oko, by choć trochę odpocząć przed jutrzejszą, całodniową wędrówka.

Po kilku chwilach drzwi przedziału otwierają się i facet koło 40 pyta, czy może się dosiąść. Trochę zdziwiony, że inne przedziały są już zajęte, ale jednak zbyt zaspany i zmęczony, by dłużej nad tym myśleć, zapraszam go do środka. Po chwili rozmowy na stół wychodzi czysta i rozmowy o życiu toczą się dalej. Po dwóch, może trzech drinkach mam dość – w końcu jutro trzeba wcześnie wstać. Towarzysz też już przymyka oczy, więc zasypiamy skuleni na przeciwległych siedzeniach.

Bieszczadzkie przebudzenie

O ile do tej pory, nawet mimo początkowego spóźnienia pociągu, wszystko szło dobrze, tak po przebudzeniu się i chwyceniu za wewnętrzną kieszeń kurtki, gdzie miałem telefon, na którym chciałem sprawdzić godzinę, szybko okazuje się, że to będzie prawdziwe rzucenie wszystkiego i wyjechanie w Bieszczady, bo telefonu nie ma. Przytomnieję momentalnie i podrywam się na równe nogi, sprawdzam kieszenie i plecak.

Na szczęście portfel jest, bez 500 zł gotówki, ale za to z kartami kredytowymi i kompletem dokumentów. Co jeszcze przepadło? Kilkumiesięczny aparat, nowy power bank, nowa czołówka, kosmetyczka… I towarzysz z siedzenia na przeciwko. Przypadek? Nie sądzę. Męczący mnie ponadprzeciętny kac po dwóch kieliszkach to też raczej nie przypadek, a efekt usypiających proszków.

Wybiegam na korytarz i przeszukuję wagony – wypatruję podejrzanych osób, konduktora, SOKistów, innych ludzi – kogokolwiek. Ale pociąg jak był pusty tak pozostał. Jedzie ze mną ledwie kilkanaście osób, większość jeszcze śpi. jest około 5-6 nad ranem. Konduktor zamknął się na klucz w swojej kabinie, wiedząc najwyraźniej czym grozi zasypianie z otwartymi drzwiami, dopiero po chwili udaje mi się więc zgłosić kradzież, a on rozkłada ręce.

Wracam do przedziału i też idę jeszcze chwilę odespać, rano muszę przecież ruszać na szlak, więc trzeba wypocząć. Teraz i tak nic innego nie da się zrobić, bo zamarzyło mi się rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady. Jestem więc na drugim końcu Polski, a mój telefon ostatni ślad zostawia po sobie o 4:13 koło krakowskiego dworca. Zaczyna się ciekawie.